Pomiń polecenia Wstążki
Przeskocz do głównej zawartości
Nawiguj w górę
Logowanie
Jesteś tu: Portal SGH > Polski > Aktualność

Wodzeni na ekonomiczne pokuszenie – rozmowa z dr. Ł. Woźnym

2015-05-22 pl kategoria: informacja 

Sebastian Stodolak (ObserwatorFinansowy.pl): Wydaje się, że każdy dobrze wie, czym jest pokusa. Czy ekonomiści rozumieją pokusy tak, jak inni ludzie?

Dr Łukasz Woźny: Właściwie tak. Pokusa to chęć odejścia od planu, podjęcia działania sprzecznego z jakimś długookresowym celem.

Czyli pokusa to coś złego?

Niekoniecznie. Jest w mitologii greckiej taki fragment o Odysie, który wracając do Penelopy wie, że będzie mijał syreny, słynące z pięknego śpiewu i tego, że ma on zgubny wpływ na tych, którzy go słuchają. Co robi Odys? Zatyka swoim marynarzom uszy, a siebie każe wcześniej przywiązać do słupa, żeby statek nie zmienił kursu. Chce posłuchać pięknego śpiewu, nie ponosząc kosztów. Ekonomiści często używają tego przykładu, żeby pokazać, że stawianie sobie pewnych ograniczeń bywa korzystne, że pokusy można ograniczać, nie eliminując ich całkowicie, i że nie zawsze mają negatywne skutki.

Ale zazwyczaj mają…

To prawda. Nie chodzi o to, że rujnuje nas jednorazowe odstępstwo od planu. Chodzi o to, że nie potrafimy powstrzymać się przed kolejnym. Czy poszedł pan kiedyś na „jedno piwo”? Tak się mówi: „Idę na jedno piwo”, a kończy się, na dwóch, trzech, czterech… To właśnie bada ekonomia behawioralna, koncentrując się na tym, że ludzie są nie do końca racjonalni, że ich decyzje podejmowane są z różnych nie do końca sensownych pobudek. Piwo piwem, jest smaczne, więc kolejne kufle można zrozumieć, ale jak wyjaśnić, dlaczego wieczorem nastawimy budzik na 7.00, a rano wyłączamy go, żeby pospać jeszcze 15 minut? Te dodatkowe 15 minut realnie niewiele daje, tracimy szansę na poranną kawę i lekturę gazety, a jednak śpimy dłużej. To pokusa nieracjonalna, a jednak tak często jej ulegamy. Co to oznacza? Że nie uczymy się na własnych błędach, są one powtarzane. Ekonomia chce pokazać, co nami kieruje, gdy odstępujemy od normy, i jakie ma to realne skutki.

Rozmawiamy o diecie, piwie i pobudce. Może czas na jakąś bardziej „biznesową” ilustrację problemu?

Bardzo częstym przykładem pokusy, której ulegają gracze rynkowi jest…obniżanie cen. Na przykład na rynku nowych technologii, czy nieruchomości można zaobserwować, jak firmy najpierw składają obietnice w stylu „taniej nie będzie”, a potem – gdy wyczerpują się klienci z najzasobniejszym portfelem – jest jednak taniej. Jest to zmiana wcześniejszego założenia, nie zawsze ta zmiana jest zła, nie zawsze jest dobra.

Myślałem, że gracze rynkowi kuszeni są w trochę inny sposób; że pokusa oznacza chęć jakiegoś pójścia na skróty, nieuczciwego wzbogacenia się, itp.

Tego rodzaju pokusy zawierają się w tym rozumieniu, o którym mówiłem. Chodzi o chęć złamania normy, narzuconej sobie przez siebie samego bądź przez coś wobec mnie zewnętrznego. Pokusy zresztą dotyczą nie tylko jednostek, ale i firm, czy instytucji państwowych. Jak instytucja państwowa może być wodzona na pokuszenie? Weźmy politykę pieniężną. Mamy bank centralny, który zarządza oczekiwaniami inflacyjnymi a przez to inflacją. Inflacja bowiem jest częściowo taka, jakiej oczekują ludzie. To po części ich przekonania kształtują wzrosty, czy spadki cen. Banki centralny może odczuwać pokusę dodrukowania pieniędzy, czyli oszukania rynku, gdy ten się tego nie spodziewa, co da mu pewną krótkoterminową korzyść, ale całej reszcie społeczeństwa zaszkodzi. W przypadku podatków z kolei wiemy, że niskie podatki ściągają kapitał. Dla osiągnięcia krótkoterminowego zysku rząd mógłby mieć pokusę, by przez jakiś czas utrzymywać niskie podatki, czekając na przypływ kapitału, a w końcu zebrać plon, ten kapitał drastycznie opodatkowując.

Czyli wszystkie elementy rynku – od jednostek, przez firmy, po instytucje państwa – wodzone są w różny sposób na pokuszenie?

Tak, w istocie.

To dlaczego rynek działa? Dlaczego jednak przestrzegamy reguł? A może: dlaczego nie łamiemy ich zbyt często? Co nas ogranicza? W różnych miejscach, np. w hotelowych recepcjach, ustawiane są misy z cukierkami. Można wziąć, ile tylko dusza zapragnie, a jednak nikt tego nie robi. Bierze się po jednym, dwa. Dlaczego więc nikt tych cukierków nie zabiera hurtem?

Nasze działania są ograniczone na wiele sposobów. Chociażby prawem.

Ale cukierki są darmowe, można je zabrać.

Można? Faktycznie, z prawnego punktu widzenia – tak. Ale co z punktu widzenia obyczaju? Są pewne normy zwyczajowe, niepisane reguły, które spełniają funkcje ograniczeń na rynku.

Złamiemy taką normę i co? I tak nikt nas przecież nie ukarze.

A kwestia reputacji? To, że nie łamiemy, albo to, że łamiemy pewne normy, tzn. dajemy się uwieść jakiejś pokusie zależy od kosztów, jakie w związku z tym ponosimy. Jeśli zabierze pan te cukierki, to możliwe, że faktycznie nikt się o tym nie dowie, bądź nie zauważy, a może wręcz przeciwnie – zauważy to ktoś znajomy i rozpowie innym o pańskim zachowaniu, że jest pan zachłanny i łapczywy. Boi się pan tego i cukierków pan nie zabierze. Zazwyczaj tak mają wszyscy. Chociaż… pamiętam, że w jednym z banków był darmowy automat do kawy dla klientów. Czekałem w kolejce do okienka, gdy do banku wszedł mężczyzna, nalał sobie kawy i… wyszedł.

Czyli nie wszyscy obawiają się złej reputacji?

Zdecydowana większość jednak tak – i oprócz kwestii związanych z reputacją jest w tym jakiś element ekonomicznej kalkulacji. Chodzi o to, że gdyby wszyscy zaczęli łamać normy, załamałby się system. Teoria gier ewolucyjnych próbuje wyliczyć nawet dla konkretnych przypadków tę masę krytyczną konieczną do załamania się systemu. Zazwyczaj ludzie płacą taksówkarzom za przejazd, ale ktoś może uciec i nie zapłaci.

Jak wielki musiałby być ten odsetek, żeby przestało się opłacać świadczyć usługi taksówkarskie? Albo: jak wielki musiałby być odsetek osób niespłacających pożyczek, żeby bankom przestało się opłacać ich udzielać? Gdzieś pewnie „z tyłu głowy” taki rachunek robi każdy z nas indywidualnie i jednak tych norm nie łamie. Zatem faktycznie reputacja nie jest czymś, co wystarczająco ograniczy pokusy. Zwłaszcza w dużej masie anonimowych względem siebie jednostek. Potrzeba jeszcze rozsądku.

I jak Pan wspomniał, dla tych, którzy nie czują społecznych norm i nie kalkulują „z tyłu głowy” – czyli tych nierozsądnych – mamy jeszcze prawo.

Każda branża istotna dla rynku jest obwarowana różnymi regulacjami, a do tego istnieją sądy i różne inne kontrolujące nas instytucje. Po kryzysie te kwestie nabrały jeszcze większej aktualności. Reguluje się na potęgę i wprowadza nowe rekomendacje, żeby ograniczyć pokusy, a więc i ryzyko, chociażby w sektorze bankowym czy ubezpieczeniowym.

Czy można za pomocą regulacji sprzężonej z ekonomią ograniczyć liczbę osób skłonnych do ulegania tym najbardziej szkodliwym pokusom? Weźmy banki i kredyty frankowe. Banki udzielając ich, doskonale wiedziały, że ludzie nie orientują się za dobrze w zagadnieniach ekonomicznych i finansach, a jednak nie czuły potrzeby pełnego poinformowania klientów o możliwych skutkach zaciągnięcia kredytu we frankach. Klienci zaś nie czuli potrzeby dopytania. Pokusa zysku była dla banku silniejsza niż poczucie uczciwości. Podobnie w przypadku klientów pokusa tańszego kredytu zamknęła im oczy na potencjalne negatywne konsekwencje.

Kwestia pokus jest ściśle związana z kwestią motywacji. Pokusy można ograniczać, kanalizować, eliminować. Można tak projektować regulacje, by premiowały zachowania pozytywne i karały negatywne. Jest cała rzesza ekonomistów, którzy zajmują się tylko i wyłącznie tym, by regulacje były skuteczne. To trochę jednak syzyfowa praca, bo nawet regulator nie może wiedzieć wszystkiego, zawsze są jakieś nieprzewidziane sytuacje. Regulacje muszą być zatem elastyczne. Ekonomiści także się uczą.

A może jest tak, że w samym pojęciu transakcji rynkowej jest jakaś wewnętrzna cecha „pokusogenna”? Sprzedający zazwyczaj więcej wie o swoim produkcie niż klient. Już na wstępie może więc odczuwać pokusę, by ubarwić rzeczywistość, albo coś ukryć przed klientem. Taka „pokusa nadużycia” zdaje się być wręcz wpisana w system rynkowy.

W pewnym sensie strony transakcji faktycznie mają przeciwstawne cele – ja chcę sprzedać drogo, pan kupić tanio. Mimo wszystko jednak na rynku nie chodzi tylko i wyłącznie o to, jaką siłę negocjacyjną mają poszczególne strony transakcji. Wtedy mielibyśmy do czynienia z grą o sumie zerowej, a na rynku mamy zazwyczaj transakcje typu win-win. Ja coś zyskuję i ty coś zyskujesz. Pokusa, o której pan mówi jest specyficzna i wynika z asymetrii informacji.

Bankier wie więcej niż klient o swoim produkcie i w teorii powinien mówić o nim całą prawdę, a w praktyce tego nie robi. Tutaj także ekonomia może pomóc – to kwestia tego, jak konstruujemy kontrakty. Możemy robić to tak, by niedzielenie się wiedzą było kosztowne, a dzielenie się nią korzystne. Oczywiście chodzi tu o pewien punkt równowagi. Gdybyśmy „zmusili” banki by były zbyt transparentne, to pociągnęłoby to za sobą koszty, które zostałyby przerzucone na nas jako klientów. Koniec końców nie musiałoby to być dla nas opłacalne.

Ekonomia pozwala zarządzać pokusami?

Owszem. Kwestia praktyki zależy od celu, jaki sobie wyznaczymy. Co jest celem rządu, regulatora, danej jednostki czy firmy? Przykładowo ludzie nie oszczędzają na emeryturę w wystarczającym stopniu, bo…

Ulegają pokusom…

Ulegają pokusom konsumowania różnych rzeczy i nie myślą perspektywicznie. Jak skłonić ich do oszczędzania? Można ich zmusić, rekwirując im część dochodu, ale można ich zachęcić oferując ulgi podatkowe, zwolnienia z podatku od dochodów kapitałowych, itp.

A może całkowicie wyeliminować pokusy? To możliwe?

Pewnie możliwe, ale byłoby zbyt kosztowne. Jakaś ilość pokus musi istnieć, żeby ludzie mogli wytwarzać mechanizmy samokontroli.

Hartować się?

Można tak powiedzieć. Eliminacja pokus mogłaby mieć nieobliczalne skutki. Poza tym byłaby równoznaczna z totalitaryzmem. Warto też mieć świadomość, że część pokus ma korzystny wpływ na rozwój cywilizacji. Jeśli np. odstępujemy w pracy od jakiegoś utartego schematu działania na rzecz czegoś bardziej efektywnego, to może i stanowi to odstępstwo od założonego planu, może nawet szef zmiany będzie patrzył na nas krzywo, ale być może właśnie w ten sposób usprawnimy proces produkcji. Realizacja pewnych pokus może być źródłem innowacji.

Podsumujmy: pokusom nie należy zazwyczaj ulegać, ale czasem warto, a nad pokusami powinno czuwać prawo pisane, czyli regulacje rynkowe oraz prawo zwyczajowe. To wizja dość liberalna. Właściwie spójna z liberalną wizją prawa: co nie jest zakazane, jest dozwolone. Tyle, że obecnie nie wierzy się w zdolność do samoregulacji i samokontroli. Wierzy się natomiast w regulacje, w nowe przepisy.

Tylko dokąd to może prowadzić? Zbyt szczegółowe prawo rodzi absurdy. Przykład z rynku ubezpieczeń: kiedyś firmy ubezpieczeniowe zwracały koszty naprawy bez podatku VAT. Konsumenci zaczęli protestować i ustawodawca wprowadził nakaz pokrywania w ramach ubezpieczenia także należności podatkowych. Efekt? Ludzie, którzy otrzymywali świadczenia zaczęli kombinować, jakby tu przyoszczędzić, czyli de facto zarobić na podatku, naprawiając samochód po znajomości. Ok – można teraz wprowadzić większą kontrolę, ale urzędy nie są w stanie skontrolować wszystkich.

Widzimy, jak jeden przepis eliminuje jedną patologię, rodząc nową i zwiększając koszty administracji i kontroli. Zresztą temat kontroli poruszał już ekonomista prof. Leonid Hurwicz w swoim wykładzie noblowskim. Zapytał wprost: „Kto ma kontrolować kontrolującego?” Bo przecież system, w którym władza aparatu nadzoru jest zbyt duża, rodzi pokusy, by z tej władzy w sposób niewłaściwy skorzystać. Jest „korupcjogenny”.

Czyli bardziej ogólne regulacje są lepsze?

Jeśli są rozsądne, to tak. Zostawiamy wtedy miejsce dla interpretacji poszczególnych przypadków. Działają oddolne mechanizmy kontroli społecznej: normy, tradycja, religia, itd. Zaryzykowałbym tezę, że to, co uznajemy za moralnie dobre czy moralnie złe, wykształciło się na przestrzeni dziejów w toku pewnej ewolucji. Społeczeństwo po prostu „widziało”, jakie zachowania należy premiować i nazywać je dobrymi, a jakie należy karać i nazywać je „złymi”. Moralność z punktu widzenia rynku nie ma więc charakteru kantowskiego, a raczej ewolucyjny – bo te normy nie są stałe, zapisane gdzieś tam w obiektywnym świecie, one się zmieniają, dostosowują.

Dobre prawo stanowione jest z nimi komplementarne. Jedno i drugie powinno dopuszczać i dopuszcza istnienie pewnego rodzaju pokus, a realizację niektórych traktuje pobłażliwie. Jeszcze raz chciałbym podkreślić: w ekonomii pokusa nie ma i nie powinna mieć jednoznacznie negatywnej konotacji.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Dr Łukasz Woźny – ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, adiunkt w Katedrze Ekonomii Ilościowej (Kolegium Analiz Ekonomicznych SGH). Realizuje projekt badawczy na temat roli pokus i samokontroli w wyborach ekonomicznych. Wywiad w serwisie Obserwatorfinansowy.pl ukazał się 9 marca 2015 r.

Archiwum