Wilno 2002
Wilno - zima 2002
XXIX Objazd Historyczny
Litwo ojczyzno moja, Ty jesteś jak zdrowie,...
...Przekonałyśmy się o tym już 1 grudnia, kiedy to rozpoczął się następny, dla nas 3 z kolei, objazd historyczny...
Wsiadałyśmy do pociągu chore: gorączka, kaszel, katar i wszystko, co można sobie "wymarzyć" jadąc na objazd... Można było nie jechać, leczyć się w akademikowych pieleszach, jednak słowo OBJAZD wyciągnęłoby nas nawet z grobu...
Coraz dalej na północny-wschód robiło się coraz zimniej i zimniej, nie była to najlepsza perspektywa dla grona chorych, w którym znalazł się nawet profesor...
Wysiedliśmy wpadając prosto w zaśnieżony przenikający -10 stopniowym mrozem wileński poranek. Nieustannie chuchając na sztywniejące dłonie kroczyliśmy przez uśpione uliczki starego miasta myśląc o rozgrzaniu się w naszym hotelu. Tam zastała nas niewiele wyższa temperatura... Na korytarzach było cieplej niż w pokojach, marzenia o gorącej kąpieli prysły... Z kranów polała się lodowata woda.
Wtedy jedna myśl przychodziła do głowy: w naszym stanie jutro nie wstaniemy. Ale... My nie damy rady??... Następnego dnia byłyśmy całkowicie zdrowe!!
Odnowienie sił witalnych odczuliśmy, gdy zobaczyliśmy urzekające swym urokiem uliczki, ulice, pastelowe kamieniczki przeglądające się w leniwym nurcie Wilii... Oraz uzdrawiająca moc Matki Boskiej "która w Ostrej świeci Bramie".
Wędrując już dobrych kilka godzin zapragnęliśmy zobaczyć miasto z góry. Ze szczytu wzgórza Giedymina, skąd rządził średniowieczny władca, roztaczał się widok dumnie pnących się wierzchołków kościołów i mieniących się czap cerkwi.
Miasto jest piękne, szkoda tylko, że już nie polskie... Jednak atmosfera polskości była namacalna wszędzie. Szybciej można było się dogadać po polsku niż po angielsku. Zwłaszcza w restauracjach, gdzie niemożliwością byłoby po angielsku zamówić pierogi albo kopytka z bitkami. Mimo wszystko zamawialiśmy miejscowe specjały, których nazwy spotkaliśmy po raz pierwszy w życiu... Cepeliny i karaimskie pierożki były przepyszne. Biorąc pod uwagę, że kuchnia litewska tak jak tradycyjna polska jest ciężkostrawna, należało wspomóc trzewia odpowiednimi trunkami. A było w czym wybierać. Miody, ziołowe nalewki (polecane przez mnichów), likiery...Nawet nasz wieszcz miał do nich słabość. (Będąc pod domem Mickiewicza, w którym mieszkał jako student, dowiedzieliśmy się, że kończenie imprez na balkonie ma długą tradycję). ...Do tej pory nikt nie wie skąd prof. Morawski wziął takie rewelacje. Po kilkugodzinnych wędrówkach ciepła arbata i nie tylko były zbawienne, na szczęście w baras i kavine były na tyle przystępne ceny, że bez obaw można było odwiedzać je jedna po drugiej.
A w nocy? Mimo, że nawet rtęć chowała się coraz bardziej przed mrozem nie powstrzymało nas to przed zwiedzaniem Wilna. Celem naszym padły unoszące się nad miastem niczym znaki na niebie trzy krzyże. Na wzgórze weszłyśmy normalnie...ścieżką, jednak zejść tą samą drogą dla nas byłoby zbyt nudne. Po przejściu przez barierki nie było już odwrotu. Jedyna droga w dół prowadziła między krzakami w ciemność. Po kilku niepewnych krokach środkiem transportu stały się nasze...spodnie.
Już nie było zimno...Adrenalina i endorfiny wygrały z mrozem.
Jako koło historii nie mogliśmy ominąć miejsca, które stało się symbolem upadku komunistycznego reżimu na Litwie. Na wieżę telewizyjną udaliśmy się taksówkami, co w tamtej stolicy nie było obciążeniem dla studenckiego budżetu... Budowla ta ma 326,5 m, jednak winda dotarła tylko na 165 m, gdzie obrotowa restauracja umożliwiła nam w pozycji siedzącej poznanie panoramy miasta, łącznie z gęstwiną bloków- owocem socjalizmu... Na obrotowym podeście delektowaliśmy się litewskimi trunkami oglądając całą okolicę i mimo, ze czas ruchu stolika po okręgu to t=45min zostaliśmy tam znacznie dłużej.
Poznawszy Wilno jak własną kieszeń wybraliśmy się do Trok. Jest to miejsce idealne na wakacyjne dni. Bajeczne, kolorowe domki, lasy i szmaragdowe jezioro, na którego środku średniowieczny zamek. Wydaje się ze jest to połączenie najlepszych cech: polskiego Helu, Pojezierza Ińskiego... (dla niezorientowanych - okolice Stargardu Szczecińskiego - północny zachód Polski...) i Białowieży... cudownie ...
W zieloną noc należało się zabawić i poznać nocne życie Wilna... po tradycyjnym wieczorku kulturalno-oświatowym kończącym każdy objazd (kalambury itp...) wybrałyśmy się do jednego z klubów. Przekraczając próg nie spodziewałyśmy się aż takich emocji, ponieważ po kilku muzycznych samplach na parkiet wkroczył mięśniak w lateksowym wdzianku... niestety tylko to świadczyło o jego profesji... mimo ze zrzucił wszystko, co miał na sobie ) nie wywołał oczekiwanego efektu... sposób poruszania się pozostawiał wiele do życzenia... jak widać i striptizerem należy się urodzić, kompletny brak uroku osobistego.
Ostatni dzień objazdu spędziliśmy w Kownie. Mróz był bardzo dokuczliwy, a liczne, kuszące swym ciepłym i przytulnym wnętrzem baras-y umożliwiały wydanie ostatnich litów. Cała ekipa udaliśmy się do muzeum wojska (?..) gdzie w jednej z sal widniał napis Żeczpospolita... (dla dyslektyków - normalnie słowo to wygląda: Rzeczpospolita)
Dalsze zwiedzanie zostało zdecentralizowane. My wybrałyśmy się do cerkwi, która z daleka wyglądała jak meczet w Stambule, a okazała się kościołem rzymsko-katolickim. Ujrzałyśmy tam najpiękniejszą i pełną ekspresji Drogę Krzyżową...
Następne kilka godzin spędziłyśmy wpatrzone w niesamowite płótna litewskiego twórcy- Ciurlionisa. Płynne, lekkie rozmyte kształty, pastelowe barwy odurzały niczym dźwięki chocholego tańca. (Dla zainteresowanych: prace Ciurlionisa odnajdziecie także w warszawskim Narodowym.)
O 19 zamykano przechowalnie bagażu. Do pociągu mieliśmy jeszcze ponad 3 godziny, wiec udaliśmy się z tobołami do pobliskiego baru. Niewielki zwrot wspólnych funduszy sprawił, ze nikt tam nas na siłę nie trzymał, wręcz przeciwnie, siedzieliśmy tam z największą przyjemnością... niestety, nasz litewski czas dobiegł końca. A przynajmniej w 2002 roku... przecież następny OBJAZD już w kwietniu... także na Litwę, tym razem nad morze!!!
...a więc: c.d.n.!

