POLSKI English
Jesteś w: SGH » Katedry » KATEDRA HISTORII ... » Objazdy studenckie » Kaliningrad 2002

Kaliningrad 2002

Kaliningrad - jesień 2002
XXVII Objazd Historyczny

Spośród siedmiu nowych sąsiadów Polski (przed trzynastu laty było ich zaledwie trzech, w dodatku zupełnie innych) stosunkowo najmniej znanym jest Obwód Kaliningradzki, wchodzący w skład Federacji Rosyjskiej. Tymczasem jest to region o przebogatej i ogromnie powikłanej historii, niezmiennie - choć w różnym stopniu - związanej z Polską. To kraj do niedawna odcięty od reszty świata administracyjnymi barierami nie do przebycia, a tym samym nęcący niczym zakazany owoc, chociażby jako ziemia Zakonu Krzyżackiego, polskie lenno w latach 1525-1657, ojczyzna Immanuela Kanta czy wreszcie swego rodzaju niemieckie Kresy, utracone wskutek dwudziestowiecznej zawieruchy. Wszystkie te walory złożyły się na atrakcyjność Obwodu Kaliningradzkiego jako tegorocznego celu seminarium wyjazdowego "Polska a Europa. Tożsamość i odrębność kulturowa" organizowanego przez Katedrę Historii Gospodarczej i Społecznej SGH pod kierownictwem profesora Wojciecha Morawskiego. Objazdy historyczne (ten miał numer 28.) na stałe wpisały się już w ofertę programową SGH, także dzięki wsparciu przez władze Szkoły, która od lat współfinansuje wynajęcie autokaru.
Historia polityczna nigdy nie istnieje w oderwaniu do kultury materialnej i duchowej. Stąd nie ma lepszej metody na interesujące i skuteczne upowszechnianie wiedzy historycznej niż interdyscyplinarne - i skądinąd pełne barwnych anegdot - opowieści o odwiedzanych miejscach, w większości znanych dotąd jedynie jako nazwy własne przypisane poszczególnym datom. Integralną częścią programu objazdów historycznych są więc wykłady poświęcone np. sztuce fortyfikacji, heraldyce, zgromadzeniom zakonnym czy sposobom przedstawiania świętych w sztukach plastycznych, a także śledzenie rozwoju architektury i urbanistyki oraz poznawanie kultur różnych grup etnicznych i religijnych obecnych w Polsce w jej obecnych i dawnych granicach.
W trakcie ostatniego objazdu opowieści profesora Morawskiego i jego współpracowników: Ani Jarosz, Wandy Jarząbek, Mili Tomczyk, Jacka Gorzkowskiego i Łukasza Dwilewicza były często jedynym gwoździem programu, a nasz kierowca pan Stanisław Kozłowski z niedowierzaniem upewniał się, czy na pewno chodziło nam o dojechanie w miejsca tak odludne i zdewastowane. W Obwodzie Kaliningradzkim, niestety, zachowało się niewiele zabytkowych obiektów. Już przed kilkoma wiekami, nim nastała romantyczna moda na mroczne średniowieczne ruiny, jaka powodowała choćby Hrabią w Panu Tadeuszu, rozbierano na cegły liczne zamki krzyżackie. Musiało być przy tym sporo roboty, skoro gęstość sieci krzyżackich warowni przywodzi dziś na myśl założenia teorii ośrodków centralnych Christallera. Zabudowa najstarszych dzielnic miast ucierpiała w trakcie nalotów i szturmów II wojny światowej, a czego nie strawił do końca upływ czasu i wojna, było jeszcze w końcu lat sześćdziesiątych równane z ziemią, jak choćby 'spróchniały pruski ząb' - pozostałości królewieckiego zamku. Ogromne obszary zajęło wszędobylskie wojsko, które nie przepada za odwiedzinami. Musieliśmy więc obejść się smakiem nie tylko w Piławie (Bałtijsku), bazie rosyjskiej Floty Bałtyckiej, ale też na przylądku Taran, gdzie Półwysep Sambijski wbija się w Bałtyk i gdzie stoi stara (czyt. niemiecka) latarnia morska. Natomiast most na Niemnie w Tylży (Sowiecku), zbudowany w miejscu podpisania w 1807 roku traktatów między Napoleonem a Prusami i Rosją, na mocy których m.in. utworzono Księstwo Warszawskie, służy dziś za jedno z głównych przejść na granicy z Litwą. Próby jego sforsowania ('tylko na chwilkę, do połowy i z powrotem, bardzo prosimy') zdecydowanie grożą co najmniej incydentem dyplomatycznym. W ogóle granice traktuje się tu bardzo serio; na wjazd do Rosji czekaliśmy w Bezledach ponad trzy godziny, na powrót do Polski - pięć i pół.
Wspaniałymi zabytkami architektury są z zasady świątynie. Tymczasem w jedynym słusznym systemie kościoły nie miały racji bytu. Nieliczne, jakie ocalały z wojny, zostały jeszcze w latach czterdziestych zamienione na magazyny czy w najlepszym wypadku sale koncertowe. Pojedyncze odzyskały niedawno funkcję sakralną, z protestanckich stając się prawosławnymi. Część nadal zaskakuje swym przeznaczeniem - jak np. dostojny neoromański kościół wotywny królowej Luizy w Królewcu, mieszczący teatr lalek. Większość dogorywa w stanie postępującej ruiny i potrzeba nie lada dyscypliny umysłu, by potrafić wyobrazić sobie ich dawną świetność. Chlubnym wyjątkiem jest tu katedra królewiecka, ale i ona przed kilku zaledwie laty, dzięki niemieckim sponsorom i konserwatorom, odzyskała swój kształt (trwają prace remontowe wewnątrz). Do północnej ściany jej prezbiterium przylega od zewnątrz zachowane cudem w formie z 1924 roku mauzoleum urodzonego dwieście lat wcześniej Immanuela Kanta. Mauzoleum jest główną atrakcją miasta, o czym świadczą nie tylko sporadyczne grupy turystów, ale i przechadzający się w świetle lamp błyskowych nowożeńcy, tradycyjnie składający tu kwiaty.
Nie ma postaci, która bardziej niż Kant byłaby związana z Królewcem. Przeżył on w tym mieście całe swoje długie życie, bez reszty poświęcając się pracy naukowej i pokonując kolejne szczeble akademickiej kariery na tutejszym uniwersytecie. Był profesorem matematyki i logiki, wykładał też mineralogię, antropologię i geografię. W historii nauki zapisałby się zapewne jako autor hipotezy, mówiącej że układy planetarne powstają wskutek wirowania pierwotnych mgławic (tzw. hipoteza Kanta-Laplace'a), gdyby nie fakt, że w wieku przekraczającym znacznie spodziewaną w owych czasach długość życia wpadł na pomysł, który zrewolucjonizował uprawianie filozofii. Sam Kant nazwał go 'przewrotem Kopernikańskim' i oparł na nim swój oryginalny system filozofii krytycznej czy inaczej transcendentalnej.
Oddany całkowicie swej idée fixe oraz świadomy, jak niewiele czasu pozostało mu na ukończenie dzieła, stał się Kant przysłowiowym wzorem pruskiego pedantyzmu, pracowitości i punktualności. Regulowano ponoć zegary, gdy codziennie niezmienną trasą spacerował wzdłuż Pregoły, zawsze samotnie, by konwersacja nie przeszkadzała mu w oddychaniu.
Najwybitniejszy mieszkaniec Królewca miałby dziś trudności z rozpoznaniem swego miasta. Nie ostał się nawet ślad miejsc, w których kiedyś mieszkał (do jednego z nich miał skutecznie zniechęcić Kanta ochrypły głos koguta sąsiada). Nie istnieje historyczne centrum, niegdyś trzy osobne bogate hanzeatyckie miasta, formalnie połączone w jedno dopiero w roku urodzin wielkiego filozofa. Zniszczone w 1944 i 1945 roku, z pewnością nie bardziej niż centrum Elbląga czy Gdańska, zostało następnie rozebrane do ostatniej cegły. Nad powstałym w ten sposób na miejscu Lipnika i Starego Miasta ogromnym, pustym placem góruje dziś 'spróchniały ząb' innego mocarstwa - nie ukończony i ziejący grozą pustostanu socrealistyczny Dom Sowietów, przy którym warszawskie Centrum Finansowe Puławska to szczyt estetyki w architekturze.

Poza katedrą, samotną na przygnębiająco pustej Knipawie, wyspie oblanej ramionami Starej i Nowej Pregoły, czasy Kanta pamięta kilka elementów dawnych murów miejskich i nieliczne budynki kościołów. Stojący niegdyś obok katedry gmach uniwersytetu Albertina, założonego w 1544 roku i noszącego imię fundatora, księcia Albrechta Hohenzollerna, uczelni nazywanej dziś najstarszą w Rosji, upamiętnia tylko smętny kamień. Z Albertiną wiążą się losy wielu Polaków, zwłaszcza protestantów, którzy tu pobierali nauki. Studiował tu także przez chwilę Jan Kochanowski, póki zaduch prowincji nie skłonił go do ucieczki do Włoch. Swą prośbę o urlop dziekański motywował złym stanem zdrowia i koniecznością leczenia wzroku.
Można odnieść wrażenie, że czasy Kanta pamiętają kaliningradzkie pojazdy komunikacji miejskiej. Szczególnie tramwaje, które wciąż poruszają się po trasach wytyczonych przed z górą stu laty i dostosowanych do przedwojennego układu miasta. Na planie wciąż można odczytać układ dawnych fortyfikacji miejskich. Niektóre dawne bramy i baszty mieszczą dziś restauracje czy muzea. Nowe jest przeznaczenie kilku innych starych budynków (np. dawna giełda to obecnie 'Pałac Kultury Marynarzy'), nowe są nazwy ulic, nowe - często kuriozalne - pomniki. Z czasów niemieckich ostały się ledwie dwa - Fryderyka Schillera i Immanuela Kanta. Pierwszy, stojący przed Teatrem Dramatycznym ocalał ponoć z działań wojennych z przestrzelonym gardłem, czym zaskarbił sobie przyjaźń nowych mieszkańców - jako jedyny, który nie mógł pić. Drugi został niedawno przywrócony na swoje miejsce przed nową siedzibą uniwersytetu dzięki wieloletnim staraniom hrabiny Marion Dönhoff, która ze swych rodzinnych dóbr w Prusach Wschodnich uciekała przed Armią czerwoną konno. Wielu niemieckich cywilów nie miało tyle szczęścia. Kilka tysięcy zginęło w wodach Zalewu Wiślanego podczas prób przedostania się na mierzeję i stamtąd dalej, na zachód. Na ich miejsce, zarówno po radzieckiej, jak i polskiej stronie nowej granicy pojawili się nowi mieszkańcy, mający korzenie wszędzie, tylko nie tu.
Miejsce królewieckiej twierdzy Friedrichsburg z XVIII wieku zajmują dziś tory kolejowe, dochodzące do pełnych rdzewiejących żurawi nabrzeży portu. Ten strategiczny, jedyny niezamarzający rosyjski port w basenie Morza Bałtyckiego oddzielony jest od pełnego morza i forpoczty w Bałtijsku kilkunastokilometrowym odcinkiem stale pogłębianego toru wodnego wzdłuż brzegu Zalewu Wiślanego. Specyfika położenia miasta, jego niebezpośrednia zależność od metropolii, tradycyjny związek z handlem morskim czy dogodne warunki rozwoju stanowią o dużym potencjale ekonomicznym Kaliningradu i całego Obwodu, który rokuje nadzieje na przekształcenie w regionalne centrum gospodarcze. Służy temu również istnienie powołanej w połowie lat dziewięćdziesiątych Specjalnej Strefy Ekonomicznej 'Jantar' (Obwód to jedyne miejsce na świecie, gdzie bursztyn wydobywa się na skalę przemysłową), stwarzającej dogodne warunki dla inwestycji zagranicznych, z czego zdają się skwapliwie korzystać Niemcy. Wizjonerzy widzą tu już nowy Hongkong, a przynajmniej rosyjską 'republikę bałtycką'. Ze swej strony powinniśmy dopingować lokowanie w Obwodzie Kaliningradzkim polskiego kapitału, wszak nieprzypadkowo LOT reklamuje bezpośrednie połączenie z lotniskiem w Chrabrowie sloganem Leć zrobić dobry interes.
Kaliningrad nie jest miastem pięknym. Przeciwnie, w trakcie spacerów śladami Kanta często przychodziły mi na myśl słowa poety: "wolę brzydotę jest bliżej krwiobiegu". Można by więc spytać czy warto było jechać w celu krajoznawczym do tego miasta i do regionu, którego jest stolicą? Warto, i to nie tylko dla fantastycznej atmosfery objazdu, dla zawiązania przyjaźni z koleżankami i kolegami znanymi dotąd jedynie z widzenia na uczelnianych korytarzach. Nie tylko dla kibicowania artystycznym i sprawnościowym (jak pokazać hasło 'obsesja' w kalamburach?) popisom zarówno uczestników, jak i kadry podczas ostatniego objazdowego wieczoru czy dla charakterystycznej goryczy piwa Kienigsberg. Także dla odwiedzenia tych kilku miejsc, jak malowniczo zarośnięte lasem ruiny zamku komtura w Balga na wysokim brzegu Zalewu Wiślanego, jak most w Tylży, jak dawna słynna stadnina koni w Trakenach (Jasnaja Polana) czy pomnik bitwy pod Pruską Iławką (Bagrationowsk), pod którym spędziliśmy kilka upojnych godzin w oczekiwaniu na odprawę graniczną (pierwszeństwo mają rejsowe autokary do Bartoszyc). Dla pokłonienia się wielkiemu Immanuelowi K. Dla sennej, jesiennej aury starych niemieckich kurortów Rauschen (Swietłogorsk) i Cranz (Zielenogradsk). Dla opowieści o tym, jak królowa Luiza wytargowałaby od Napoleona Magdeburg, gdyby jej zniecierpliwiony mąż, król pruski Fryderyk Wilhelm III nie wtargnął do tylżyckiej sali negocjacyjnej, a także jak na skutek traktatów welawsko-bydgoskich nazwa 'Prusy' - odnosząca się początkowo do ziem starego bałtyckiego ludu, który oparł się pierwszym próbom chrystianizacji gwałtownie przerywając misję świętego Wojciecha - zaczęła powoli mieć coś wspólnego z Berlinem oraz pewnym klubem piłkarskim z Dortmundu.
Dla niesamowitego Królewca - miasta, którego tak naprawdę nie ma. I dla nieba gwiaździstego nad nim.

Łukasz Paprotny